Nowoczesny bandyta Zachodu, dba o Twoje bezpieczeństwo, a przede wszystkim o swoje własne. Nie sposób go pozwać. To on pozywa Ciebie, jeśli spróbujesz być sprytniejszy. Od Ciebie, drogi czytelniku, żąda bycia pogodzonym z losem idiotą.
Wielokrotnie w swoim życiu, Drogi Czytelniku, zastanawiałeś się, skąd inni ludzie biorą pieniądze, a konkretnie skąd biorą ich tak dużo.
Oczywistym jest, iż na początku należy rozważyć możliwość, iż bliźni poprawił swój status majątkowy w stary dobry tradycyjny sposób. Wpadł do banku w kominiarce, podpisał umowę na niewymiarowe wozy bojowe, kupił ziemię za jeden procent wartości i sprzedał za sto, usiłował zmonopolizować media… Nasze swojskie metody, które wywołują w prawym obywatelu takie emocje, to jednak pospolita bandyterka w dziurawych rękawiczkach, którą kolejny gabinet rządowy może z ramienia prawa ścigać i co więcej czasami nawet to robi.
Są to działania prymitywne, nieporadne i trącą futrem barbarzyńcy zza Odry. Nie tylko w kwestii równych praw i możliwości jesteśmy w ogonie Europy. Zdecydowanie w Polsce brakuje profesjonalizmu. Nowoczesny bandyta jest bandytą przyjaznym społeczeństwu. Ma w małym palcu prawne paragrafy, ustawy i przepisy. Jest za pan brat jest z ministerstwami, policją i mediami.
Nowoczesny bandyta Zachodu dba o Twoje bezpieczeństwo, a przede wszystkim o swoje własne. Nie sposób go pozwać. To on pozwie ciebie, jeśli spróbujesz być sprytniejszy. Nowoczesny bandyta ma monopol na spryt. Od Ciebie, drogi czytelniku, żąda bycia pogodzonym z losem idiotą.
Protestujące „99 procent oburzonych” obywateli w USA dostrzegło ów bandytyzm w swej elicie finansowej. Patrząc na to z polskiego punktu widzenia, z punktu widzenia obywatela kraju, w którym legalna bandyterka dopiero raczkuje, powiem, że dostrzegli oni jedynie wierzchołek góry lodowej. Idąc w dół drabiny prawno administracyjnej, począwszy od zasad sprzedaży rządowych obligacji, a skończywszy na zasadach sprzedaży kurczaka z rożna, na każdym szczeblu pusta przestrzeń prawnych regulacji jest zagospodarowana przez gang ludzi „przedsiębiorczych inaczej”.
Kiedy myślę o tych Che Gguevarach amatorach, którzy okupują Wall Street jest mi ich żal. Kojarzą mi się oni z filmem „Geneza planety małp” gdzie stadko owych zwierząt na skutek chemicznej manipulacji ich szarymi mózgami zyskało odrobinę inteligencji i przejrzało na oczy. Ocknęło się w świecie im z gruntu wrogim. Pomyśleli, że mogą walczyć o swoje prawa. Kto jednak da prawa małpie? Małpie, domagającej się równych praw w oparciu o naturalne pobudki i zdrowy rozsądek w społeczeństwie, w którym od wieków rządzą przepisy, a zdrowy rozsądek i naturalne odruchy już dawno zostały zwolnione dyscyplinarnie.
Racjonalista wychowany na humanistycznym dorobku ostatnich trzech wieków jest w swych intelektualno etycznych odruchach niczym owa małpa, ulegająca nieujarzmionym jeszcze odruchom rozumu. W rzeczywistości rządzonej przez sztywne paragrafy, tworzone do spółki przez cwaniaków i ogłupiałych pseudo humanistów, a egzekwowane przez regularnych debili, racjonalista jest kreaturą z gruntu wrogą systemowi, dziką i potencjalnie niebezpieczną.
Przechodząc od ogółu do szczegółu, przykład pierwszy: na moim stole leży plik zaświadczeń o niekaralności. Wszystkie zgodnie potwierdzają, że jestem zacnym obywatelem i niekaranym. Różnią się tylko datą wydania o mniej więcej dwa tygodnie. Czy to ja, płacąc za każdym razem biurokratom 45 do 60 funtów, co dwa tygodnie musiałem się upewniać, że nie byłem w więzieniu? Nie! Chcąc zajmować się ludźmi upośledzonymi każda agencja żądała ode mnie pieniędzy za przeprowadzenie CRB check, nie bacząc, że w dłoniach właśnie trzymałem świeży dokument dopiero wydany przez policję. Nie dość na tym, że po raz trzeci zapłaciłem agencji łowców głów tę sumę. Firma, której mnie sprzedali stwierdziła, że muszą znowu go przeprowadzić, bo takie są przepisy. Zakwestionowanie tej decyzji kosztowało mnie możliwość dostania tej pracy.
- Przecież to absurd – rzekłem na rozmowie kwalifikacyjnej. - Właśnie otrzymaliście moje zaświadczenie o niekaralności wraz z referencjami, od agencji, która mnie tu przysłała. Mogę wam jeszcze przynieść trzy inne zaświadczenia o niekaralności, za które zapłaciłem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy prawie dwieście funtów.
- Takie są przepisy – odrzekła mechanicznie kobieta. - Najwyraźniej ma to sens skoro takie są wymagania.
Ostatecznie uznali, że co prawda rzeczywiście jestem prawnie czysty, ale za to arogancki. Formalnie uzasadnili, iż nie jestem wystarczająco wykwalifikowany.
Moje dyplomy ukończenia licznych kursów piętrzą się tuż obok certyfikatów niekaralności. Wszystkie w trzech lub czterech egzemplarzach, każde z innej firmy. Agencje najwyraźniej nie ufają sobie nawzajem, bo każda jedna wysyła nowego pracownika na to samo szkolenie, które już odbył, choćby tydzień wcześniej w innej agencji.
- Rozumiem, że już wykonywałeś tą pracę i masz na piśmie kwalifikację, ale wiesz… musimy chronić swój tyłek – bez żenady stwierdza agent. Koszt jednego z licznych kursów wynosi bagatela 20 funtów, czasami nic. W istocie pokrywa podatnik, bo to z jego kieszeni ostatecznie sponsorowana jest pomoc społeczna. A konkretnie podatnik utrzymuje armie wysoko wyspecjalizowanych i ekskluzywnie opłacanych podludzi, którzy mają dwa zadania: po pierwsze przekonać cię żebyś przestał myśleć, a po drugie wyplenić w tobie wszelkie ludzkie odruchy.
W taki oto sposób są gotowi przez cały dzień zapewniać cię, że najlepszym co możesz zrobić, dla sześćdziesięcioletniej pacjentki, gdy ta się przewraca to odskoczyć, byś przypadkiem nie odniósł obrażeń. To przecież oczywiste, skoro celem szkolenia tak naprawdę jest zadbanie ponad wszelką wątpliwość, że gdybyś przypadkiem pokierował się resztkami ludzkich uczuć i przy tym stłukł sobie tyłek, nie będziesz mógł za to pozwać pracodawcy. Przecież w końcu na kursie wyjaśnili ci, że w razie kłopotów masz zachować się jak rasowe bydle. Jeśli tej sztuki nie opanowałeś pracodawca będzie cię mógł wyrzucić na psyk za narażenie się na niebezpieczeństwo podczas ratowania staruszki. I zrobi to w świetle prawa.
Opóźnionego w rozwoju klienta na wycieczce do kina rozbolał ząb. Młody opiekun nie chcąc psuć swoim podopiecznym zabawy, doradził mu by weszli do sklepu i kupili paracetamol. Tabletka pomogła.
- Złamał prawo! Opiekun nie był przecież lekarzem, więc nie miał prawa doradzać zakupu paraceamolu! – grzmiał tonem kaznodziei jeden z moich licznych instruktorów. – I co się stało później!? – uniósł wskazujący palec celując w nim w niebo, jakby opowiadał właśnie o upadku Sodomy i Gomory – Został zwolniony dyscyplinarnie! Tego samego dnia! W trybie natychmiastowym! I miał wielkie szczęście, że tylko tak się dla niego skończyło, bo co by mogli jeszcze mu zrobić? – zapytał retorycznie.
- Mogliby go powiesić! – wyrwało mi się.
Sala wybuchnęła śmiechem. Instruktor się nie śmiał.
- Sprawa mogła trafić do sądu! – zakończył ze śmiertelną powagą.
Na każdym kolejnym kursie z zakresu podawania lekarstw uczą nas przede wszystkim tego, że nie można nawet sugerować klientowi spożycia lekarstw, które nie są zapisane przez lekarza. Niby słusznie, poza tym, że definicja niebezpiecznych lekarstw rozciąga się znacznie dalej niż mówi o tym medycyna.
Na każdym kolejnym instruktorze przeprowadzam test na debilizm i pytam go czy herbata z cytryną i z miodem jest lekarstwem. Wynik każdego testu jest pozytywny.
- Oczywiście – jest to lekarstwo domowej produkcji – odpowiada.
- A co z herbatą z mlekiem i z cukrem? – pytam.
- To jest przecież zwykły napój – odpowiada.
- W Polsce herbata z cytryną i miodem to też jest tylko napój – stwierdzam.
- Zdziwiłbyś się, co w laboratorium mogliby znaleźć z miodzie – ripostuje instruktor.
- Zdziwiłbyś, się, co by mogli znaleźć w kurczaku – odbijam piłeczkę.
Mniej więcej na tym etapie każda dyskusja się kończy.
- Takie jest prawo! Nie możecie oferować nikomu herbaty ani z miodem, ani z cytryna – stwierdza.
O tym, że faceci departamentu zdrowia i bezpieczeństwa, którzy wyciągają z kieszeni podatnika parędziesiąt funtów za godzinę opowiadania historii godnych średniowiecznych dziadów proszalnych, to skończeni idioci, pisałem już w felietonie „Ekskomunika”. Dla przypomnienia, jeden z nich, człowiek z licencją inspektora angielskiego odpowiednika BHP, przekonywał nas, że goły przewód pod napięciem można złapać bezpiecznie jedną ręką, ale łapiąc go dwoma, można stracić życie na skutek zwarcia. Drugi mówił, że dotykanie odizolowanego kabla stopą jest bezpieczniejsze, ponieważ prąd idąc do ziemi nie porazi naszej głowy.
To, co jest godne uwagi to niesamowity cynizm tych ludzi i ich zwierzchników. Departament Zdrowia i Bezpieczeństwa, który tak naprawdę ma gdzieś nasze zdrowie i zdrowie naszych klientów. Jego działalność jest zorientowana tylko i wyłącznie na wyprodukowanie papieru, chroniącego tyłki ludzi zarządzających firmami. Departamentu, który tworzy zasady często niemożliwe, by ich przestrzegać, ale w sytuacji, gdy coś pójdzie źle, będzie można zawsze obwinić pracownika.
Opiekun czy pielęgniarka, nie ma prawa żądać by pacjent spożył leki w jej obecności, ani tym bardziej zajrzeć mu do gęby, by nie naruszać jego godności osobistej i nietykalności. Swym podpisem w tak zwanym MRS musi natomiast potwierdzić, iż w jego obecności pacjent leki przyjął.
- Klient wypluwał leki i chował je do kieszeni, a na koniec połknął wszystkie na raz! – grzmiał mój instruktor. – kto został pozwany do sądu?! Jak sądzicie?! Kto złamał prawo?!
Ty skończona kreaturo - myślę - jesteś najbliższą osobą, która powinna natychmiast zostać wyprowadzona w kajdankach.
- Opiekun - odpowiadam potulnie.
- Brawo Michael – powoli się uczysz – odpowiada ukontentowany.
Wracając do kwestii sprawdzianów niekaralności. Kto zgarnął kilkaset funtów z mojej kieszeni, za pięciokrotne upewnienie się, że jestem niekarny w ciągu dwóch miesięcy? – to proste. Mój wkład w opiekę socjalną nie jest pokrywany tylko z mojego podatku, ale również z każdej inicjatywy zostania socjalnym opiekunem. A i agenci muszą coś zarobić. Jawnie, wraz z departamentem sprawiedliwości dzielą między siebie wyłudzone od obywatela pieniądze. Spróbuj ich człowieku zapytać, dlaczego musisz pięć razy w ciągu dwóch tygodni mieć sprawdzoną niekaralność, a kiedy już zaczniesz pracę, przez dwadzieścia lat, możesz nie mieć wcale sprawdzonej? Za takie pytania można stracić reputacje i klientów, o czym przekonałem się na własnej skórze.
Kwestionowanie przepisów funkcjonowania państwa bezpiecznego i przyjaznego podlega karze stygmatyzacji jako element obcy, wrogi i ogólnie niegodny zaufania. Komuś o tak marnym statusie społecznym jak imigrant, w bezpiecznym i przyjaznym państwie poczta pantoflowa uwarunkowanych robotów, którymi rządzi tylko strach o własny tyłek, załatwi koniec kariery w danym sektorze w tempie błyskawicznym.
CDN



Pozdrawaiam, bo skomentować trudno, choć sama notka świetnie napisana.